Tagi
Kategorie: Wszystkie | restauracje | ryby | zupy
RSS
sobota, 28 czerwca 2014
Najlepsza galaretka z porzeczek

Porzeczki, jak wiadomo, są różne: czerwone, czarne i białe; te ostatnie są nazywane w Wielkopolsce świętojankami. Chcę jednak opowiedzieć o galaretce z czerwonych porzeczek, przygotowywanych kiedyś przez ciocię Mysię.

Po umyciu i obraniu porzeczek z szypułek Mysia dusiła mocno rozgniecione owoce na niewielkim ogniu, z cukrem, mieszając - tak, aby całość nie przypaliła się. Po ostygnięciu masy porzeczkowej wkładała ją do woreczka, który musiał spełniać określoną przepustowość i umieszczała go nad garnkiem. Powoli, ale nieustannie kapał sok porzeczkowy... Gdy garnek był pełen, następowało rozlewanie soku z porzeczek do wyparzonych słoiczków, i pasteryzowanie.

Wbrew temu, co można sądzić, nie zrobił się wtedy sok z porzeczek, a galaretka. Pektyny zawarte w owocach porzeczek powodowały naturalne tężenie soku. Galaretka była klarowna, delikatna i zwięzła, można było kroić ją łyżeczką. Przypominała nam zimą letnie zapachy.

W obecnych czasach wiemy o tym, że i pestki i skórki z porzeczek są ważne dla naszego zdrowia. Galaretka którą opisałam pochodzi z czasów, gdy tej wiedzy nie było, ale zapewniam, że była znakomita...

wtorek, 24 czerwca 2014
Domowe zaprawy w wielkim kotle

Czerwiec to miesiąc, w którym robimy zaprawy w domu: zaczynamy od truskawek, z których powstają pierwsze dżemy i konfitury. Teraz przyszedł czas na kompoty z czereśni, na galaretki i konfitury z porzeczek. Przygotowujemy też ogórki kwaszone, najczęściej do bieżącej konsumpcji ale niektóre słoiki chcielibyśmy zostawić na zimę. Musimy więc nasze specjały pasteryzować, i wykonujemy to, najczęściej w dużym garnku.

W kuchni mojej Babci właśnie w czerwcu pojawiało się, znoszone ze strychu dziwne, ogromne urządzenie służące do pasteryzacji. Był to wysoki kocioł na nóżkach, z palnikami gazowymi pod spodem, połączonymi gumową rurką ze źródłem gazu. Układało się w nim słoiki, a mieściło się ich sporo, i pasteryzowało. Kocioł był większy od największego garnka, kilkupiętrowy, a więc praktyczny - wchodziło do niego naprawdę dużo przetworów! Towarzyszył nam przez całe lato aż do ostatniego, jesiennego aktu, jakim było przygotowanie śliwkowych powideł i grzybów. Pasteryzowało się w nim wszystko: kompoty, dżemy, konfitury z owoców, grzyby i przeciery pomidorowe. Te ostatnie przygotowywano w zmyślnie zamkniętych butelkach po oranżadzie.

Początkowo używano do zapraw wyłącznie słoików Wecka z gumką, które później zostały zastąpione przez twisty. Ale ciocia Mysia do przecieru z pomidorów używała zawsze, starannie przechowywanych, butelek z gumką. Były niezniszczalne!

 

 

środa, 04 czerwca 2014
Tort imieninowy Marianny

Torty, torty... poza naprawdę wielkimi wydarzeniami, podczas których torty występują w roli głównej nie jesteśmy nimi specjalnie zainteresowani. Ale... po opisaniu tortów truskawkowych mojej mamy postanowiłam napisać o torcie cioci Mysi, która piekła go tylko raz w roku - na swoje imieniny Marianny.

Każdego lata ciocia Mysia przygotowywała zaprawy: słynną galaretkę z czerwonych porzeczek, konfitury z wiśni, mus jabłkowy, kompoty z czereśni, jabłek i gruszek i wiele innych... Zawsze jednak sprawą najważniejszą było zrobienie dżemu morelowego, który był absolutnie niezbędnym składnikiem jesiennego, imieninowego tortu.

Tort cioci Mysi był to biszkopt, przełożony dwiema warstwami delikatnego kremu cytrynowego, z cienką warstwą dżemu morelowego na spodzie. Bez tego dżemu nie byłoby właściwego smaku! Wierzch tortu wyglądał banalnie: Mysia oprószała go po prostu cukrem-pudrem. Całość wyglądała domowo i mało atrakcyjnie, ale zestawienie smaku biszkoptu, słodkiego morelowego spodu z lekko kwaskowym pysznym kremem cytrynowym było naprawdę cudowne...

Tort truskawkowy mojej mamy

Moja Mama w czerwcu zawsze szalała: po wyjściu z pracy kupowała na rynku truskawki i pędziła do domu, aby szybko upiec biszkopt. Był niezbędny do zrobienia tortu truskawkowego, który zawsze był doskonały. Tort miał różne wersje, ale zawsze polegał na cieście biszkoptowym, kremie truskawkowym (niestety, krem był na maśle) i galaretce z zanurzonymi w niej truskawkami, które wieńczyły dzieło. Torty mojej mamy uwielbiała cała rodzina, a jego tajemnica polegała również na cudownym biszkopcie. Kiedyś spróbowałam upiec podobny ale nie wyszło..